Chartum, dzien drugi
Retrospektywa
09.11.2008
37 °C
Dzis bedzie troche retrospektywy z ostatnich dni, poniewaz czekam na wize etiopska w Chartumie. Na zewnatrz slonce niemal w zenicie, mimo ze to srodek zimy mamy niesamowity upal. Chartum to ponoc jedno z najgoretszych miejsc na ziemi. Temperatury dochodza tutaj do 50 C.
Do Sudanu dostalismy sie z Egiptu. Jedyna mozliwoscia tranzytu jest prom plywajacy dwa razy w tygodniu z Asuanu do Wadi Halfa. Wize sudanska zalatwilismy juz w Kairze.
Przed wejsciem na prom oczywiscie kilkanascie kontroli paszportu, wizy, etc, kilka pieczatek na bilet i w paszport, wypelnianie kolejnych formularzy. Przy przeswietlaniu bagazy zarekwirowano mi z plecaka noz ( sudanczycy rozbrolili polskiego nozownika sic!
) Poniewaz mielismy bilety 2 klasy poczatkowo zalogowalismy sie pod pokladem tam, gdzie sala dla osobnikow drugiej kategorii ale jak atmosfera stopniowo sie zageszczala postanowilismy wyniesc sie na deck pod gole niebo co bylo dobra opcja. Trzeba bylo stoczyc walke pozycyjna z rozpychaniem lokciami i zastawianiem sie plecakami ale w koncu udalo sie wywalczyc miejsce na 2 karimaty. Na szczescie mielismy spiwory i cieple ciuchy bo noce na jeziorze Nassera posrod pustyni sa bardzo chlodne. W mesie zjedlismy obiadek ktory przyslugiwal na kwit dolaczony do biletu ( kurczak, makaron, podplomyk, banan, troche warzyw i innych dodatkow - w sumie okazalo sie to calkiem OK w porownaniu z dostepnym w Sudanie menu)
W Wadi Halfa bylismy nastepnego dnia kolo poludnia, najpierw czekalismy troche na pozwolenie na wejscie do portu po czym kolejne kilka godzin czekalismy na zalatwienie spraw paszportowych w mesie dla 1 klasy i na wyladowanie sie na brzeg. Przy okazji moglismy obserwowac z decku spektakularne przedstawienie na nabrzezu - przyjazd oficjeli, krecenie materialow dla TV, krecenie na nabrzezu teledysku dla TV w stylu bollywood ( kilka panienek w odpowiednich dla muzulmanek strojach plasa w takt muzyki z kaseciaka a facet w galabiji gestykuluje na tym tle bardzo zamaszycie, robi dramatyczne miny i udaje ze spiewa!
)
Na nabrzezu po przejsciu kolejnych kontroli, sprawdzeniu bagazu i opieczetowaniu nalepkami wyszlismy na sudanska pustynie. Niestety od razu wpadlismy w lapy tutejszego tour operatora, ktorego poleca LP ale ktory niestety nie wzbudzil naszego zaufania. Dosc slono musielismy zaplacic za podwiezienie do miasta. Facet niby pomogl nam zlatwic permity z policji na pobyt w Wadi Halfa ale skasowal nas za to slono ( jednak mniej niz oczekiwal). W ogole w Sudanie jest problem z wszelkimi oplatami. W ostatnim czasie walute zmieniano tu juz dwukrotnie ( z funta sudanskiego na dinar i z powrotem na funta sudanskiego) Ludzie czasem podaja ceny w starej walucie, duzo tancowania z zerami, trudno sie w tym polapac. Co ciekawe nie ma tez konkretnych cen za pozwolenia od policji, bilety do atrakcji turystycznych, wiec nigdy nie wiadomo czy ktos zdziera z nas kase czy bierze tyle ile nalezy.
Wadi Halfa to miasteczko zyjace wlasciwie tylko z promu ktory plywa z Egiptu i ktorym szmuglowane sa do Sudanu wszelkie towary - RTV, AGD, jedzenie, z czego glownie cebula, lodowki i odbiorniki TV sat. Jest tu kilka podlych hoteli jeden obok drugiego, kilka knajp serwujacych ryby z jeziora Nassera ( bardzo dobre i tanie - 3 duze smazone ryby z dodatkami juz za 3 funty sudanskie, 1 $ = 2.2 funta)
Nastepnego dnia o godz 13.00 udalo nam sie wyjechac z Wadi Halfa do Dongoli. Przy zakupie biletow powiedziano nam ze podroz potrwa maksymalnie 7 godzin. Byla to jednak najbardziej katorznicza podroz przez pustynie jaka do tej pory przezylem. Jechalismy terenowym autobusem przez dzika pustynie, wlasciwie prawie caly czas po totalnym bezdrozu. Dookola tylko kamienie, skaly, zwir i piach po horyzont. Przed zmrokiem dojechalismy znow w poblize Nilu i jechalismy wzdluz wygladajacych w duzej mierze na wymarle glinianych zabudowan ciagnacych sie wzdluz doliny, caly czas jedynie umownie wyznaczona wsrod piachu i skal droga. Gdzieniegdzie zdarzaly sie kilkukilometrowe odcinki asfaltu, ktore stwarzaly nadzieje, ze moze juz dojezdzamy, ale byla to zludna nadzieja. Okolo 21.00, dawno po zmroku, zatrzymalismy sie przy jakichs zabudowaniach na posilek. Zjedlismy z tubylcami fuul czyli gotowana ciemna fasole z olejem. Okolo polnocy autobus zatrzymal sie znow przy jakichs zabudowaniach posrod pustyni, reszta pasazerow pozostala w autobusie a nam powiedziano, ze dalej pojedziemy pick-upem. Tak wiec ja, Ola, Steve i Roger oraz 4 tybulcow zaladowalismy sie na pake terenowej Toyoty nie bardzo wiedzac co bedzie dalej i zaczelismy dalsza szalencza podroz po pustyni. Juz dobrze po 1.00 w nocy powiedziano nam, ze dojechalismy, okazalo sie jednak ze Dongola jest po drugiej stronie Nilu a prom w nocy nie kursuje. Musielismy sie wiec polozyc pod jakas wiata sklecona z metalowych rur i folii, dzielac sie z towarzyszami naszej niedoli - Stevem z UK i Rogerem z Nowej Zelandii ekwipunkiem biwakowym. Rano obudzilo nas slonce, dziko ryczacy nad naszymi glowami osiol i ludzie krzatajacy sie juz przy przeprawie promowej. Znalezlismy szybko bokasi ( minibusa ) do Karimy, zjedlismy sniadanie skladajace sie z malych paczkow i slodkiej jak ulepek herbaty i ruszylismy w dalsza droge przez pustynie.
Do Karimy dotarlismy kolo poludnia po ok 2,5 godz jazdy przez monotonna, plaska jak stol pustynie, tym razem juz po dobrej jakosci asfalcie. Po przyjezdzie zalogowalismy w lokandzie ( hotelu niskiej klasy z lozkami glownie pod golym niebem), zalatwilismy obowiazki meldunkowe i pochodzilismy nieco po miescie. Utargowalismy tez z lokalnym taksowkarzem krotka wycieczke po okolicznych atrakcjach turystycznych - grobowcach i niewielkich piramidach. Do grobowcow niestety nie udalo sie nam wejsc bo ubiegla nas zorganizowana wycieczka Wlochow, a my nie chcielismy placic 10 $ za obejrzenie kilku malowidel, przy piramidach znow ganialismy sie z policja i jakims straznikiem tej atrakcji w galabiji i turbanie, albowiem tam gdzie wysiedlismy nigdzie nie bylo napisane ze za chodzenie po pustyni miedzy piramidami trzeba slono placic - teren nieogrodzony, miejscowi tamtedy swobodnie przechodza wiec czemu my mamy placic? Koniec koncow musielismy wysuplac rownowartosc 10$ z kieszeni kazdy. Wracajac obejrzelismy jeszcze kolejne piramidy na pustyni i wzgorze ze swiatynia w promieniach zachodzacego slonca - tym razem juz z daleka i za friko.
Nastepnego dnia nasi kompani Steve i Roger pomkneli z rana autobusem prosto do Chartumu a my z Ola zaladowalismy sie w bokasi i pojechalismy do Atbary. Droga do Atbary biegnie przez teren wulkaniczny Bayuda i z lotu ptaka wyglada niesamowicie. Niestety widoki z okna samochodu nie sa spektakularne - po prostu pustynia i czarne pagorki, pozostalosci stozkow wulkanicznych.
Droga do Atbary byla dobra - po poczatkowym rajdzie przez pustynie i okoliczne wioski wyjechalismy na dobrej jakosci asfalt z ktorego z nieznanych nam przyczyn zjechalismy przed sama Atbara na przeprawe promowa, mimo ze Nil moza pokonac mostem! Przeprawa zajela okolo godziny, poniewaz byla kolejka samochodow i nie zabralismy sie za pierwszym razem na prom.
W Atbarze trudno bylo znalezc akceptowalne spanie za dobra cene. Luksusowy jak dla nas hotel Nil oferowal pokoje za ok 70 funtow za dwojke. W koncu udalo nam sie znalezc w miare przyzwoity hotel Sahara ( nazwa jedynie po arabsku wiec trudno trafic) za 40 funtow za pokoj z klimatyzacja. Atbara jest strasznie zatloczonym i brudnym sudanskim miastem. Na ulicach stosy smieci a w powietrzu unosza sie duszace tumany kurzu. Trudno byloby tu dluzej wytrzymac, menu knajp bardzo ubogie, zrezygnowalismy wiec z ogladania kolejnych piramid i nastepnego dnia luksusowym autobusem z klimatyzacja za jedyne 24 funty od osoby, z posilkiem na pokladzie prawie jak w samolocie, pomknelismy znow przez pustynie do Chartumu.
Miasto na pierwszy rzut oka sprawia dosc pozytywne wrazenie. Na obrzezach miasta zadbane dzielnice willowe, w centrum wysokie budynki, sporo bankow i urzedow. Pod powierzchnia tego wszystkiego czai sie jednak tajna bezpieka i czujne oczy policjantow i zolnierzy obserwujace wszystko z kazdego rogu ulicy i sprzed kazdego budynku uzytecznosci publicznej. Wlasciwie trudno sie w tym polapac bo sa tu dziesiatki roznego rodzaju sluzb porzadkowych majace rozne umundurowanie. Wczoraj mielismy do czynienia z tymi panami z powodu robienia zdjec na ulicy. Powiem jedno - nie polecam ;P
Dzis zalatwiamy wizy do Etiopii, powinny byc gotowe za pol godziny i jutro jesli wszystko pojdzie OK zmykamy z tego "goscinnego" kraju.
Wysłane przez bart77 01:59 Komentarze (2)

